Menu główne
Ja, Nauczyciel
Archiwum

Czego nauczyciele nie wzięli pod uwagę?

28.12.2020 Dariusz Sochacki

 

Po aferze z babeczkami przyszedł czas na apaszka-gate. W grupach nauczycielskich krążą historie o nauczycielach, którzy nakazują uczennicom i uczniom zakrywać oczy lub patrzeć prosto w ekran bez mrugania, czy też ustawiać lustra za plecami. Przy okazji dowiadujemy się, że lekcje są nudne, nauczycielki i nauczyciele niekompetentni, i generalnie cały ten online to jest jedna wielka porażka. Prasa ochoczo publikuje artykuły. Szydło wypełza z worka. 

 

Co my na to? 

 

W grupie facebookowej Szkoła Minimalna organizowana jest akcja piętnująca ocenianie generalnie. Przy tej okazji wiele jest komentarzy bardzo krytycznych w stosunku do nauczycielek i nauczycieli, a my? My się obrażamy. Znany z wielu grup nauczycielskich krytyk metod stosowanych w polskich szkołach, coach Tomasz Tokarz, kontynuuje szarżę na “treserki i treserów". A my? My się obrażamy, wskazując “belki w oczach” wszystkich wokół rozpoczynając od samego Tokarza. Wśród komentarzy dominują wypowiedzi w stylu: “Nie chce mi się wierzyć, że są tacy nauczyciele”, albo “nagonka na nas trwa - to na pewno fejk”. Nie brak też szczerych, którzy zgłaszają: “Potwierdzam, sama słyszałam”. Rzadziej: “Mnie już nic nie zdziwi”. 

 

 

 

Dla osoby, której udało się choć na chwilę okiełznać nadmuchane ego i zaopiekować własne niedowartościowanie, opisana sytuacja mogłaby stanowić dobrą okazję do refleksji na temat tego, jak tworzą się przekonania i opinie na temat codzienności szkolnej oraz jak funkcjonuje nasza grupa zawodowa. Piszę to jako nauczyciel z dwudziestoletnim stażem w szkole, ale i doświadczeniem pracy w Azji, w szkołach prywatnych i międzynarodowych, gdzie realia polskiej szkoły mogłyby być odebrane jak thriller psychologiczny z czasów zimnej wojny. Na moje oko prawda jest więc mniej więcej taka...

 

Tokarz pyta! 

 

“Potrzebowaliśmy lockdownu, by zauważyć, jak opresyjną instytucją jest wciąż szkoła, jak opiera się na tresurze i przekonaniu: “ja mówię, a ty, smarku, wykonujesz polecenia”?” 

 

Obserwacja i diagnoza Tokarza jest ostra i trafna, ale nie doczekała się głębszej analizy w środowisku nauczycielskim. A moim zdaniem na nią zasługuje. Mamy bowiem obecnie sytuację absolutnie bez precedensu - lekcje tysięcy polskich nauczycielek i nauczyciel oglądają teraz oczy setek tysięcy polskich rodziców. Codziennie. Od kilku miesięcy. Wrażenia są różne. Owe podglądanie, do którego środowisko przecież nie jest przyzwyczajone, ujawniło wiele patologii systemu, w tym to, czego my, nauczyciele, często się po cichu obawiamy - że nasze lekcje są nudne i mało efektywne, a relacje z uczniami bardziej powierzchowne, niż byśmy wszyscy tego chcieli. 

 

 

Nauczyciele nie są idealni!

 

Jeżeli czytając te słowa odzywa się w Tobie, droga czytelniczko, drogi czytelniku, głos protestu mówiący: “Hola, zaraz! Mów o sobie - moje lekcje są fantastyczne, a z uczniami się uwielbiamy”, śpieszę donieść, że to, może być wyłącznie Twoje, subiektywne, wrażenie. Opresyjny system oświaty, w toku naszej własnej edukacji, warunkował nas do wyuczonej reakcji obronnej, więc jest nam niesłychanie trudno przyznać się do błędów czy niedoskonałości. A może faktycznie tak jest? Może moje lekcje są nudne? Może odpowiedź: "A umiesz czytać?" na pytanie: "Proszę Pana co mamy zrobić?”, jest naprawdę zbędną złośliwością, i rodzic ma prawo czuć, że nauczyciel jest bardziej prześladowcą niż przewodnikiem?

 

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chcę uderzać w naszą zbiorową pierś oraz nie twierdzę, że nauczyciele kolektywnie są "właśnie tacy". I chociaż wiem, że są i tacy, którzy z lenistwa i z braku motywacji nie wykonują swojej pracy optymalnie, jak i Ci, którzy swoją frustrację wyrażają zakamuflowaną sarkazmem agresją, to jest to zdecydowana mniejszość (mam nadzieję). Ale...

 

Powiedzmy sobie szczerze. Różowo nie jest.

 

Pomijając tych, których warsztat nauczycielski jest słaby z ich własnej winy - dlaczego mamy wszyscy wrażenie, że nasz model edukacji nie prowadzi nas w przyszłość?  Kogóż należy winić za to, że lekcje są nudne, że nie prowadzimy ich zawsze z przytupem godnym edukacyjnych innowatorów,  że połowę czasu lubimy tracić na sprawdzanie obecności i zadania domowego, a drugą połowę na odpytywanie i testowanie? 

 

Jak odpowiedzieć rodzicowi, który obserwuje nasze lekcje kątem oka od miesięcy i stwierdza, że jego dziecko niewiele się uczy, a przy okazji bywa poniżane, podejrzewane o kłamstwo, oszustwo, lenistwo oraz niski iloraz inteligencji? Wad systemowych jest wiele, ale narzekanie nic nie da, więc przecież pozostaje nam tak naprawdę samemu z nimi walczyć. 

 

Moim zdaniem Pan Tokarz ma więc rację unaoczniając wszystkim wokół, jak bardzo szkolny system potrafi być nieludzki, patologiczny i nieskuteczny. Być może nie akcentuje wystarczająco systemowego charakteru tych wad, skupiając się na nauczycielu jako "treserze". To jest najczęstszy zarzut w jego stronę - ale system przecież tworzą ludzie! Chwila uczciwej refleksji pozwoli zrozumieć, że Tomasz skupia się na nauczycielu dlatego, że zajmuje się coachingiem, a nie robieniem polityki.  Z tym doskonale radzimy sobie i bez jego pomocy, więc jego rolą, którą sam sobie narzucił, jest wzbudzenie refleksji u szeregowców na froncie, czyli nas, ponieważ to my codzienną praktyką możemy ten nieludzki system uczłowieczyć. Dla uspokojenia naszych sumień, można jednak bez specjalnego przekłamywania dużą częścią winy obarczyć system, w którym pracujemy. Mam jednak wrażenie, że brak nam, nauczycielom, słownictwa, które pomogłoby nam wejść w skuteczną komunikację z rodzicem, krytykującym naszą pracę. Zamiast uciekania się do argumentów autorytetu, warto sformułować komunikaty, które będą skuteczniejsze. Oto kilka z nich:

 

Strategii  kilka  

 

1. Najprościej będzie stwierdzić, że jest to oczywiście wina morderczego systemu, który gnębi uczniów w takim samym stopniu jak nauczycieli. Rodzic, który prawdopodobnie ma pracę w “prawdziwym świecie”, powinien to zrozumieć i spokojnie przyjrzeć się sprawie.

 

System gnębi nas stawiając nam "targety" (jak w korporacji finansowej). 

 

Targety nauczycielowi polskiemu stawia się posyłając przez ministra, kuratoria, a często także dyrektorów, komunikaty typu: “Twoi uczniowie nie zdali dobrze matury, to świadczy o Tobie, a ja mogę Ciebie z tego rozliczać, niech pomyślę - dodatkiem motywacyjnym lub jego brakiem, zerwaniem kontraktu, bo masz go tylko na rok (wprawdzie ósmy rok z rzędu, ale jednak), albo po prostu napiętnuję Cię przy wszystkich na radzie pedagogicznej, bo przecież ktoś musi być winny.

 

 

2. Rozumiejąc ciężkie położenie ucznia oraz jego ogromny dyskomfort w obliczu zinstytucjonalizowanej opresji, można jednocześnie wyjaśnić, że to nie do końca nasza wina, ponieważ szkoła stawiając targety: 

 

a) nie wyposażyła nas ani w odpowiednie szkolenia, pomijając te obowiązkowe, które mało zmieniają praktykę szkolną, z powodów, o których pewnie można napisać osobny artykuł, 

 

b) ani w pomoce i narzędzia dydaktyczne,

 

c) nawet jeżeli je zapewniła, to nie było czasu dobrze się ich nauczyć wykorzystywać, bo się goni z “podstawą” i "nie ma czasu na eksperymenty", 

 

d) po prostu nie da się efektywnie realizować targetów w grupach 25-30 osobowych i jednocześnie mieć dobrą atmosferę w zespole. Zwyczajnie się nie da.  

 

 

 

 

Z mojego osobistego doświadczenia wynika, że najgorszą rzeczą, którą może powiedzieć nauczyciel w obliczu krytyki to odwoływanie się do własnego wykształcenia lub wykształcenia (czy też jego braku) rodzica (argument autorytetu). Na drugim miejscu w rankingu rzeczy powodujących wrogość rodzica jest argumentowanie swoich działań nieufnością do dziecka, którą zbyt wielu z nas ma tak mocno wbudowaną w podświadomość, że nie zauważamy jak bardzo może to zrazić mamę czy tatę ucznia/uczennicy, którą poddajemy tresurze i kontroli. 

 

Zdecydowanie najlepiej działa postawienie się po stronie ucznia, okazanie mu współczucia i udzielenie życzliwej porady jak najlepiej poradzić sobie w obliczu systemowej opresji. Pamiętajmy, że związek rodzica z dzieckiem jest głęboko emocjonalny, i argumenty logiczne nie będą trafiały, jeżeli nasze działanie czy komunikaty zostaną odebrane jako wrogie. A trzeba sobie uświadomić, że obsesyjne dążenie do kontroli i ograniczania “ściągania” wysyła jeden komunikat - “nie ufam Pana/Pani dziecku”. Znajdą się pewnie rodzice, którzy to zrozumieją, ale ja osobiście na to nie liczę. 

 

Zmierzając do konkluzji, chciałbym jeszcze raz zwrócić uwagę na fakt, że obecna sytuacja jest bezprecedensowa, ponieważ nasze lekcje zaczęły być hospitowane przez ogromną liczbę osób. Zupełnie nie byliśmy na to przygotowani. Dotychczasowe hospitacje zazwyczaj były - bądźmy szczerzy - wyreżyserowanymi spektaklami. Ta nowa sytuacja nie jest dla nas być może komfortowa, ale pamiętając o wyżej opisanych strategiach powinno nam być łatwiej, i możemy wykorzystać ją do udoskonalenia swoich metod - na początek wystarczy odrobina dystansu do siebie i refleksji. 

 

Proponuję ćwiczenie

 

Załóż w ciemno, że w trakcie każdej Twojej lekcji za kilkoma z awatarami w Teamsach czy Meet z pewnością znajduje się rodzic, który się przysłuchuje. Zastanów się, czy wszystko co do tej pory “wyrywało się” Tobie w czasie lekcji (bez konsekwencji) nadaje się dla uszu mamy, czy taty Twojego ucznia/uczennicy. Wyobraź sobie, jak Ty jako rodzic odebrałabyś/odebrałbyś swoje słowa i działania. Jeżeli choć raz ugryziesz się w język, to będzie to pośredni dowód na to, że doniesienia o nauczycielkach i nauczycielach nakazujących zakładać na oczy opaski, czy poniżających uczniów zgrabnymi sarkazmami są adekwatne do czyjejś szkolnej rzeczywistości.  Skoro wyrwało się Tobie - na pewno mogło się wyrwać innym.

 

To, że ktoś przysłuchuje się jak prowadzimy lekcję, dla wielu z nas nie jest  komfortowe, ale trudno - tak już jest. Natomiast może to być dobra okazja do zbudowania relacji z rodzicami, bo tego w szkole bardzo brakuje. Jesteśmy już w ich salonach, kuchniach, sypialniach i gabinetach, nie udawajmy, że ich tam nie ma. Rodzice i opiekunowie są obok, słyszą nas i widzą.

 

Niech więc widzą nas jako ludzi, którzy troszczą się o teraźniejszość i przyszłość ich dzieci, pomimo przeciwności ze strony “systemu”. Ludzi, którzy rozumieją, że pomyślna przyszłość ich pociech nie zależy jedynie od średniej ocen, ani od paska na świadectwie. Satysfakcjonujące życie zależy również od komfortu psychicznego, adekwatnej samooceny i poczucia własnej wartości, akceptacji siebie i szacunku wobec innych,  umiejętności budowania i pozostawania w zdrowych relacjach.  Dajmy - jako nauczyciele i nauczycielki - poznać się z tej ludzkiej strony. Wtedy  zamiast nas atakować nas na grupach facebookowych, będą bardziej skłonni stanąć razem za nami murem i zobaczyć, że edukacja jest “wspólną sprawą”. Może z czasem zniwelujemy jako dorośli, środowiskowy konflikt, jaki od wielu lat narasta między nauczycielami a rodzicami, czego sobie i wam życzę. I w tej kwestii nie potrzebujemy żadnego ministerstwa ani kuratorium.

 

Dariusz Sochacki
Dariusz Sochacki

Prezes Zarządu Fundacji Ja, Nauczyciel

Architekt cyfrowych systemów edukacyjnych, nauczyciel anglista.